Kolory życia Sergiusza Osmańskiego – rozmowa z Dyrektorem Artystycznym & PR Sephory.

Sergiusz Osmański

Sephora Forever

Dorota Oyrzanowska: Czemu Sephora a nie aktorstwo?

Sergiusz Osmański: Może bardziej czemu make-up a nie aktorstwo? Sephora jest kolejną firmą, którą pokochałem i dopełnia cykl rozwoju mojej kariery zawodowej. A czemu nie aktorstwo? Zastanawiałem się nad tym ostatnio.  Teraz, w czasach natłoku oper mydlanych, na pewno zagrałbym jakiś epizod (śmiech). Natomiast w czasach, kiedy kończyłem szkołę teatralną, to tak na dobrą sprawę nie było jeszcze profesjonalnych reklam telewizyjnych, w których obecnie duża grupa studentów akademii teatralnych może dorabiać. W tamtych czasach istniała możliwość pracy w teatrze i filmie, a filmów powstawało raptem osiem w ciągu roku. Czasy, w których kończyłem Akademię Teatralną, były dobrymi czasami, w których zawód ten był certyfikowany – czyli prawo do wykonywania zawodu aktora mieli albo ludzie, którzy skończyli Akademię Teatralną, albo ci, którzy zdali egzamin eksternistyczny. Nie można było aktorką nazwać np. modelki, która wystąpiła w serialu telewizyjnym. To również wpłynęło na fakt, że zacząłem zastanawiać się nad popełnieniem innego zawodu, związanego również z moją pasją do sztuki. W trakcie studiów dorabiałem sobie jako asystent fotografa i w odpowiednim momencie pojawiła się propozycja wyjazdu do Londynu, do szkoły charakteryzacji. I absolutnie tego nie żałuję. Profesorowie z londyńskiej szkoły zwykli mawiać, że mój przyjazd do Anglii „był przypadkiem, na który sobie zasłużyłem”. I faktycznie, dalsza moja przygoda zawodowa również związana jest z przypadkiem.

DO: Niektórzy twierdzą, że nie ma przypadków w życiu. Nie tęsknił Pan za Polską?

SO: Bardzo tęskniłem za krajem i faktycznie szukałem możliwości powrotu. Podpisanie kontraktu z Astorem było dla mnie z jednej strony prestiżowe, a z drugiej strony dawało możliwość powrotu do Polski, gdzie  Astor otwierał biura. Byłem więc pewien, że wracam do kraju. Natomiast może gdybym został w Londynie, to byłbym teraz zupełnie w innym miejscu swojej kariery, zważywszy, że moim dyplomem u Mary Greenwell było zrobienie make-upu do teledysku Too Funky George’a Michaela.

DO: To wspaniała okazja dla młodego makijażysty! Kogo Pan malował?

SO: Zdecydowanie. Miałem przyjemność tworzyć make-up dla topów modelingu lat 90., m.in. Tyry Banks i Estelle Hallyday. Z Estelle miałem się później spotkać w Polsce na wprowadzeniu marki Mixa. Ale niestety nie udało nam się spotkać i bardzo tego żałuję.

DO: Czym więc urzekła Pana Sephora?

SO: Praca dla perfumerii Sephora była kolejnym wyzwaniem po 5 latach spędzonych z marką Dior i dała mi ogromne możliwości rozwoju.  Współtworzenie portfolia marek wyłącznościowych, rozwijanie umiejętności bycia PR-owcem spowodowało, że na dalszy plan zszedł make-up. I nie ukrywam, że po tych już prawie ośmiu latach pracy w Sephorze trochę mi tego make-upu brakuje. Realizuję się jednak, ucząc studentów w Sephora University.

DO: Najciekawsze projekty zawodowe, w których Pan uczestniczył do tej pory?

SO: Szczerze mówiąc, to ostatnio podczas przeprowadzki do nowego domu, w trakcie porządków, znalazłem projekty, które robiłem w przeszłości. Nagle okazało się, że robiłem naprawdę masę ciekawych rzeczy. Począwszy od wspomnianego teledysku, poprzez zupełnie niesamowite sesje zdjęciowe, o których kompletnie zapomniałem. Byłem zdziwiony, znajdując wycinki z niemieckiego Elle, włoskiej Vanity Fair, gdzie robiłem makijaże. Powinienem zdobyć się na stworzenie własnej strony internetowej, ale to mnie na razie przerasta (śmiech). Jedno jest pewne, dzięki zawodowi, który wykonywałem i wykonuję, miałem możliwość zwiedzenia wszystkich kontynentów.

Ciekawymi projektami były sesje Cosmopolitana z roku 1994 na kole podbiegunowym, gdzie robiliśmy sesję letnią, albo sesja z polskim wydaniem Elle w Meksyku, gdzie fotografowaliśmy naturalne futra.

DO: To brzmi wspaniale. Różne warunki, różny makijaż. A jaka jest tajemnica profesjonalnego makijażu?

SO: Im mniej, tym lepiej.

DO: Ale czy jest ona uniwersalna?

SO: Powinna być, ale to zależy od kobiet. Pamiętam, że wprowadzając makijaż Nude z Margaret Astor w już nieistniejących Galeriach Centrum, nasze prace owocowały zdziwieniem kobiet i stwierdzeniem: „Jakoś mało tego”. My kwitowaliśmy to krótko: „Tego nie sprzedaje się na kilogramy. Tu chodzi o efekt” (śmiech).  Ale poważnie. Obecnie kobiety mają tę cudowną możliwość eksperymentowania z makijażem.  Kilka lat temu Polki bały się eksperymentować, teraz to się zmienia, co zdecydowanie jest dobre. Moim zdaniem makijaż powinien być czymś, co nas bawi, chyba że jest to makijaż związany z wizerunkiem biznesowym kobiety.

DO: Współczesna Polka oczami Sergiusza Osmańskiego to…

SO: To osoba, która z jednej strony boi się koloru i boi się wyjść poza kanon. Z drugiej zaś strony młode pokolenie, otwarte, agresywne, z bardzo przerysowanym makijażem.  Zdecydowanie skrajności. To widać na ulicy nie tylko dużych miast, ale i małych miast i miasteczek. Dziewczyny mają ochotę na wypróbowanie makijażu, który nosi ich idolka, ale boją się gniewu babci czy mamy, czy ogólnej krytyki środowiskowej.

DO: Pana ulubiony kosmetyk? I kosmetyk, w który lubi Pan „ubierać” kobiety.

SO: Makijażyści dzielą się na osoby, które preferują zarys oka albo ust. Ja zdecydowanie należę do tych „ocznych”. Lubię eksperymentować z cieniami, łączyć kolory. Uwielbiam wykonywać makijaże ton w ton. Moje narzędzia pracy sfokusowane są na oko kobiety. W szkole miałem duży problem z symetryzacją ust. Dlatego teraz ucząc, przykładam dużą wagę do techniki makijażu ust. Natomiast prywatnie uwielbiam kremy pod oczy. To jest mój absolutny must have.

DO: À propos kremu pod oczy – od którego roku życia powinniśmy zacząć ich stosowanie?

SO: Obserwowanie naszych starszych pokoleń powinno dać nam wskazówkę, od którego momentu należy zacząć stosowanie tego kosmetyku. Kosmetologia mówi nam, że pierwsze kremy pod oczy powinno zacząć się stosować już pod dwudziestym czwartym roku życia. W tym czasie następuje pierwsze zwiotczenie włókien kolagenowych. Nie trzeba od razu sięgać po preparaty mocno inwazyjne, o dużym stężeniu np. retionolu, ale po lekkie kremy nawilżające okolice oczu czy znoszące opuchliznę produkty z kofeiną.

DO: Teatr Roma i Deszczowa Piosenka. Projektował Pan makijaże na premierę, która odbyła się w 2012 roku. Duże wyzwanie?

SO: Współpraca z teatrem polega głównie na zaprojektowaniu makijaży i dozorowaniu ekipy makijażystów od momentu premiery. Premiera stanowi moment przyjścia na świat dziecka, które zaczyna żyć własnym życiem. Makijażyści z Teatru Roma mają duże doświadczenie zawodowe, co zdecydowanie ułatwia mi pracę. Czują moją estetykę. Szaleństwa, na które sobie czasem pozwalają, nazywają „w ramach Osmańskiego”, czyli trzymają moją koncepcję make-upu. Dla mnie przygoda z teatrem jest jedną z ciekawszych przygód, jakie popełniłem w życiu. Zaczynając od Kotów, które były moim pierwszym większym zetknięciem się z pracą dla teatru, gdzie po raz pierwszy produkcja polska zaryzykowała zatrudnienie makijażysty fashion, a nie charakteryzatora. Twórcom musicalu zależało na przełamaniu teatralnej estetyki i wpuszczeniu estetyki rodem z wybiegu na deski sceny. Moje Koty były bardziej Kotami Fashion aniżeli Kotami Weberowskimi.  Praca w teatrze była dla mnie skokiem na bardzo głęboką wodę. Makijaż teatralny rządzi się zupełnie innymi prawami niż makijaż sesyjny. Musi on być czytelny zarówno dla widza, który siedzi w piątym rzędzie, jak i dla widza siedzącego w ostatnim. Bardzo ważną rzeczą jest również aspekt komfortu aktora. Makijaż musi być dopełnieniem jego gry. Po Kotach miałem przyjemność tworzyć charakteryzację do Tańca Wampirów Polańskiego. Moje wampiry miały krwisty makijaż z brokatu czy demoniczne smoky eye.  Było to kolejne przełamanie konwencji. Deszczowa Piosenka natomiast jest takim zatrzymaniem się w Hollywood. Proponuję w niej makijaże inspirowane latami 30. i 40. Jest to epoka pełna doskonałości, więc zdecydowanie mogliśmy sobie poszaleć.

Pasja i rozkosz życia

DO: Widzę, że lubi Pan łamać schematy i chodzić własnymi ścieżkami. Skąd Pan wie, co jest teraz modne?

SO: Jeśli chodzi o biznes makijażowy, to czerpiemy z pokazów mody z rocznym wyprzedzeniem, czyli obserwujemy pokazy mody wyznaczające trendy na nadchodzące sezony. Istnieją również specjalne agencje wyszukujące trendy w makijażu, modzie itp. One z pięcioletnim nawet wyprzedzeniem potrafią zbudować palety, które będą modne w nadchodzącym sezonie. Natomiast to, jak dany kolor zostanie ubrany, zależy od inspiracji makijażystów. Inspiracje typem makijaży czerpiemy na przykład z podróży, które odbywamy. Dla mnie każda podróż jest takim „przewietrzeniem mózgu” i daje mi masę inspiracji, nowych pomysłów. Mam większą ochotę na eksperymenty w make-upie.

DO: Inne Pana pasje?

SO: Zdecydowanie wnętrzarstwo. A tu gra faktur, struktur,  łączenie kolorów, operowanie światłem. Uwielbiam tkaniny Lacroix. One zresztą często inspirują mnie do projektowania makijażu.

DO: Gdzie najchętniej Pan wyjeżdża?

SO: Wakacje, które popełniłem w zeszłym roku, nastąpiły po czteroletniej przerwie, więc byłem szczęśliwy z samego faktu, że wyjechałem (śmiech). Mam to cudowne połączenie – kocham Paryż, który jest siedzibą Sephory,  więc dosyć często odwiedzam to miasto. Dwie godziny spędzone na ulicy Paryża działają na mnie jak tydzień w SPA. Kocham to miasto może również dlatego, że mam tam świetnych przyjaciół i zawsze czuję się w Paryżu jak w domu. Może się to wyda niektórym śmieszne, ale ja przez trzydzieści lat moich wyjazdów do Francji nigdy nie byłem w Luwrze czy na Wieży Eiffla. Kompletnie mnie to nie interesuje. Wolę wczuć się w atmosferę miasta, a nie w obiekty turystyczne.

DO: Nie każdy musi zwiedzać miasto z przewodnikiem. Ja też zdecydowanie wolę czuć klimat miasta i jego atmosferę, kolory. À propos kolorów. Jaki jest Pana ulubiony kolor?

SO: Zdecydowanie czarny, szary i biały.

DO: Co lubi Pan jeść?

SO: Uwielbiam jeść. Kiedyś gotowałem, teraz nie mam na to czasu. Lubię eksperymentować z jedzeniem. Kompletnie jednak nie podzielam fascynacji sushi. Jest to wynikiem mojej podróży do Szanghaju, gdzie spędziłem trzy miesiące zdany tylko i wyłącznie na siebie. Miałem tylko jedną asystentkę, która, co się okazało, nie rozumie angielskiego, mówi „Yes, yes” i znika. Byłem zdany na kuchnię Wschodu, która kompletnie nie jest moją bajką. Kończąc, wróciłem z tej wyprawy z platynową kartą stałego klienta jedynej włoskiej restauracji w mieście.

DO:  To przejdźmy teraz do filmu i muzyki. Często nosi Pan słuchawki, więc na pewno czegoś Pan słucha. Co ma Pan w głowie muzycznie i filmowo?

SO: W głowie mam miks klasyki i hot newsów muzycznych. Od Bacha, Vivaldiego, przez całą dyskografię Madonny, a skończywszy na najnowszych dostępnych produkcjach muzycznych. Kocham również remiksy. Zbieram remiksy.  Przeboje z reguły mnie nie interesują, tylko ich przeróbki.  Jeżeli chodzi o film, to nie mam ulubionego, ale często wracam do „Domu Dusz” (przyp. red. reż. Bill August) i filmów z Marilyn Monroe.

Sergiusz Osmański prywatnie

DO: Jak był Pan mały, to marzył Pan, że kim zostanie, jak dorośnie?

SO: Mój ojciec robił wszystko, aby został sportowcem. Twierdził, że mam predyspozycje do uprawiania lekkoatletyki. Ja chciałem być strażakiem albo księdzem. Byłem nawet w seminarium.

DO: I co takiego się wydarzyło, że zrezygnował Pan z drogi kapłańskiej?

SO: Po dwóch latach stwierdziłem, że skoro mogę być w szkole teatralnej, to dlaczego miałbym zostać w parateatralnej (śmiech).

DO: Kogo Pan kocha, a kogo nienawidzi?

SO: O, trudne pytanie. Kocham siebie (śmiech).  Ale to jest stan od niedawna. Nienawidzę nie tyle osób, co zachowań. Nie toleruję nietolerancji. Tak. To jest ciężar tego kraju. Polacy są bardzo zamknięci. Są to uwarunkowania historyczne. Liczę jednak na zmianę.

DO: Gdzie bywa Pan, jak nie musi?

SO: W domu (śmiech).

DO: Co Pan wspomina, a do czego dąży?

SO: Dążę do harmonii, niestety jestem chorobliwym perfekcjonistą, więc ją gubię. Niestety. I to jest rzeczywiście choroba, z której nie jestem w stanie się wyleczyć. Wspominam udane projekty i cudowne chwile. Wspominam również spotkania z ludźmi, których jestem bardzo ciekawy. Tak jak moją pierwszą styczność z Korą, gdzie nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek ją poznam. To samo tyczy się Lidii Popiel, która jest dla mnie uosobieniem kobiecości, czy Diane von Furstenberg, kobiety legendy.

DO: Czym jest dla Pana piękno?

SO: Brakiem perfekcji.

DO: Na zakończenie, proszę powiedzieć mi coś, czego nie mówił Pan jeszcze w żadnym wywiadzie.

SO: Oj, to będzie taka „kropka nad i”, ale chciałbym się cudownie zestarzeć (śmiech).

 

 

facebook google twitter instagram youtube